Enablers – Four Women [Tundra, 2008]
Dlaczego dopiero ostatnio odkrykłem ten zespół? Albo może, dlaczego nikt wcześniej nie wpadł na tak genialny pomysł na zespół? Wprawdzie post rock z noisowymi wtrętami i wyraźnymi inspiracjami mathrockiem z mówionymi “wokalami”, który to na dodatek gra jeden z kawałków Niny Simone, brzmieć może kosmicznie pretensjonalnie, ale póki utwory są tak znakomicie skomponowane jak w przypadku Four Women, nie mam naprawdę nic przeciwko.
The Plot to Blow Up the Eiffel Tower – For Marcus [Dissertation, Honey, 2003]
Genialny przykład tego, jak świetnie może brzmieć połączenie punku i jazzu. O ile goście z Acoustic Ladyland (o których pisałem już dawno temu) stawiali bardziej nietypowe dźwięki wydobywane z saksofonu (choć inni nazwaliby to raczej katowaniem instrumentu) i adaptowanie ich do hardcorowej stylistyki, to u Plotów… brzmi to dużo bardziej klasycznie. Początkowo mamy naprawdę solidnie wykonywany post-hardcore z noise-rockowymi domieszkami, kiedy to nagle, ni stąd, ni zowąd, atakowani jesteśmy saksofonem właśnie, który to, póki jeszcze pierwszy szok nie opadł, dostaje wsparcie ze strony perkusji serwującej nam pełnoprawną, jazzopodobną sekcję, by po chwili znów usłyszeć zaraźliwy gitarowy motyw i mocno zdenerwowany wokal. Jakkolwiek by to nie wyglądało na, hmm, papierze, całość brzmi niezwykle naturalnie. To jak, sprawdzicie?
The Kurws – Giganci Jazzu [Dziura w Getcie, 2011]
The Kurws to, jak twierdzą członkowie zespołu, “punk, którego dosięgło przekleństwo postmodernizmu z całym dobrodziejstwem inwentarza”. Z tego co do tej pory usłyszałem, nie jest to klasyczne marketingowe wodolejstwo ubrane w ładne słówka, ale jak najbardziej szczera i trafna próba samookreślenia. The Kurws mieszają bowiem energetyczny punk z saksofonowymi wtrętami, ubrany w noise-rockowe hałasy i jazzopodobne struktury. Panie i panowie, mamy polskie The Ex!
Kittens – Snow Beluga [Bazooka and the Hustler, 1997]
Jeśli kiedykolwiek szukaliście definicji totalnego badasserstwa i co więcej, wciąż jej szukacie, to wasz problem właśnie się rozwiązał. Odpowiedzią na wasze pytanie jest kawałek tego zespołu o zwodniczej, słodziutkiej nazwie (paradoksalnie to chyba najlepsza możliwa nazwa dla kapeli noise rockowej) ewentualnie którykolwiek z inny z albumu “Bazooka and the Hustler”. Niezbyt skomplikowany bas, punkowa perkusja i przede wszystkim ociekające testosteronem potężne riffowanie. Dołóżcie do tego parę zabójczych breaków i macie modelowe badasserstwo. Można mieć zastrzeżenia do wokalu, ale według mnie pasuje idealnie do tego typu muzyki.
Bodychoke – Victim [Cold River Songs, 1998]
Zawsze zastanawiałem się, co trzeba mieć w głowie, żeby pisać takie, hm, piosenki. Skąd w człowieku biorą się takie pokłady obrzydzenia i nienawiści do siebie oraz reszty świata? Przetłumaczenie tego na język muzyki może mieć cholernie fascynujące skutki, co słychać na przykład w muzyce Bodychoke. Niepokojąca melodia wygrywana przez wiolonczelę szybko zagłuszona jest przez swansopodobne rzężenie gitar. Pełne desperacji krzyki przeplatają się z ledwo przebijającymi się przez ścianę dźwięku szeptanymi deklamacjami. Jedne z najbardziej intensywnych sześć minut w waszym życiu zostaje jednak gwałtownie urwane, aż szkoda że panowie nie postanowili pociągnąć tego jeszcze dalej. Zwrócę też uwagę na absolutnie genialną partię perkusji, początkowo zachowawcze, transowe granie, z czasem zamienione w magiczny sposób w niszczycielsko brzmiący, odrębny element, spełniający znacznie większą rolę niż banalne wybijanie rytmu.
Valina – Calendaria (An Introduction) [A Tempo! A Tempo!, 2009]
Ostatnio cały czas rzeczy z wykopem na ittct, nie za dużo tego? Hmm. Jednak nie. Brudu i hałasu nigdy za wiele. Tak więc dziś kawałek z płyty bezczelnie omijanej we wszelkich topach roku 2009, bardzo niesłusznie. (no dobra, nie wymądrzam się, sam poznałem ją ze SPORYM opóźnieniem) Brakuje mi ostatnio takich kawałków, z wykopem, z jajem, z porządnym pomysłem, sprawnym połamańcem rytmicznym, z dziesiątkowym brejkiem czy świetną współpracą muzyków. To wszystko tutaj szczęśliwie jest. Radzę zapoznać się z całą “A Tempo…”, bo to co się dzieje tu to nie wszystko co Austriacy mają do zaoferowania. To chyba nawet nie jest najlepszy z kawałków na tej płycie.
The Ex – Catch My Shoe [2010]
Zadziwiające jest to, że zespół który przed kilku dniami wydał tę płytę, nie jest szeroko znany. Jest to bowiem jeden z nadłużej aktywnych zespołów punkowych. Album jest ich piętnastym krążkiem studyjnym. W ciągu swojej 30letniej kariery, grali wszystko co jest pomiędzy anarchopunkiem, noise-rockiem, post-punkiem, czystą improwizacją, z małymi wyskokami w coś co przypomina trochę afrobeat (!) oraz grę z orkiestrą dętą. Plus dwukrotne (żadna inna grupa nie dostąpiła tego zaszczytu :)) pojawienie się w projekcie In the Fishtank, u boku Sonic Youth i Tortoise. Jednym zdaniem, czego dusza zapragnie. Czy zespół z takim stażem jest w ogóle w stanie czymkolwiek jeszcze zadziwić?
The Psychic Paramount – Gamelan Into The Mink Supernatural [2005]
Muszę przyznać, że w tym momencie piszę recenzję chyba najbardziej hałaśliwej, nieznośnej dla delikatnego ucha płyty jakiej w życiu słyszałem. Przy czym daleko panom do jakichś metalistycznych szarpidrutów. ;) Kosmiczny noise rock w stanie czystym.
Wielu ludzi kojarzy nowojorczyków poprzez związek z jedną z ciekawszych grup noise’owych z lat 90, Laddio Bolocko. (no dobra Off 2010 też miał jakiś tam wpływ. :D) Ale The Psychic Paramount prezentują muzykę zupełnie inną. (więcej…)
Skomentowali